Szukaj

Dlaczego zdecydowałam się na własną linię kosmetyków? Historia prawdziwa

Agnieszka, 25 listopad 2019
Dlaczego zdecydowałam się na własną linię kosmetyków? Historia prawdziwa

Najpierw, jak zawsze w moim przypadku, musiałam wszystko przetestować.

W trakcie studiów kosmetologicznych byłam przekonana, że będę pracować w salonie kosmetycznym, wykonując zabiegi. Pierwsze objawy tego, że może być inaczej, zauważyłam dopiero na zajęciach laboratoryjnych - bo podobały mi się znacznie bardziej niż zajęcia zabiegowe! Jak pewnie wiesz, trudno jednak podjąć decyzję odnośnie własnej przyszłości tylko w oparciu o przeczucie. Dlatego właśnie chciałam to dogłębnie zbadać.

Przede wszystkim pracowałam więc jako kosmetolog w salonie. Na plus: praca z klientem, edukowanie, fajny zespół. Wewnętrzna Agnieszka była usatysfakcjonowana, ale czegoś jej brakowało. To dawało mi uśmiech, ale taki lekki; kącikami ust.

I ponadto pracowałam też w laboratorium kontroli jakości. Na plus: to, że mogłam wykorzystać cały swój perfekcjonizm oraz całą wiedzę zdobywaną latami. Różnica? Tu wewnętrzna Agnieszka aż rumieniła się z podekscytowania. Gdy wracałam do domu, nie mogłam przestać opowiadać mężowi, jaką radość mi to sprawia. To było jak bycie wyszczerzonym od ucha do ucha.

Werdykt? Laboratorium!

(I nawet mój mąż był z tym OK, bo co prawda o pracy w laboratorium słuchało mu się mniej ciekawie niż o pracy w salonie - a słuchać musiał - ale z drugiej strony na co dzień dostawał mnie w najlepszej wersji, prawda?).

Dowiedziałam się więc co robić, żeby praca była moją pasją, a nie tylko źródłem utrzymania. Ale do własnej linii było mi jeszcze wtedy daleko.

Gdy pracowałam w salonie, widziałam jak ogromny wpływ na skórę ma codzienna pielęgnacja, a nie tylko zabiegi od czasu do czasu. Był jeden problem. Często było tak, że używane przez moje klientki kosmetyki były naszprycowane wypełniaczami, konserwantami, zapachami, substancjami poprawiającymi rozsmarowywalność i wygląd kremu. Do tego były ubogie w składniki aktywne. Miałam wrażenie, że producenci skupiają się na wyglądzie i zapachu oraz na tym, by kosmetyk się nie psuł i ładnie rozprowadzał na buzi. Twarz po stosowaniu takich kremów jest tylko pozornie wygładzona. Kiedy sama zmywałam je ze skóry, aż wrzeszczała o pomoc...

Nie mogłam też zazwyczaj dobrać pielęgnacji tak, aby kosmetyk był wart swojej ceny. Na przykład dla skór trądzikowych (jak moja własna) ogromnym problemem było znaleźć coś, co na pewno jej nie podrażni. Dla skór suchych z kolei - trudno było o coś bez silikonów i nadmiaru konserwantów.

Bardzo na to narzekałam. Wiedziałam, że można lepiej, i że powinno się skupiać na faktycznym odżywieniu i nawilżeniu skóry. Narzekałam tak, że do działania wkroczył mój mąż z pytaniem: "Narzekasz na składy kosmetyków, a skoro tyle wiesz, to czemu nie zrobisz kremu sama?".

Właściwie to pytanie było tak naturalne, że nie zastanowiłam się nawet, czy nie mówi tak tylko po to, żebym przestała się z nim tymi rozterkami dzielić... I słusznie. Nie było żadnych przeciwwskazań. Zdecydowałam się na produkcję.

To, co naturalne, niesamowicie oddziałuje na skórę i każdy składnik odgrywa ważną rolę w pielęgnacji. I choć wszystko ma swoje plusy i minusy - na przykład słabszą stroną kosmetyków naturalnych jest ich ciut gorszy zapach czy krótsze daty przydatności - ich działanie rekompensuje to wszystko.

Bo wtedy, gdy potrzebujesz efektów, liczą się tylko efekty. A ja uwielbiam efekty. I właśnie z tą myślą stworzyłam Moistry.